Już od dawna miałam ochotę na taką. Bransoletka warkoczowa robiona na drutach. Z pomocą przyszedł mi wakacyjny numer "Mollie potrafi", w którym jest dokładny opis wykonania najprostszej takiej bransoletki oraz opaski na głowę. Moje dotychczasowe prototypy nie wychodziły do końca tak jak chciałam. Teraz już wiem, że niepotrzebnie wykonywałam oczka brzegowe. Po lekkich modyfikacjach i poświęconej godzince na dzierganie udało się.
Oto moja pierwsza udana warkoczowa bransoletka.
To kolejny wspaniały sposób na wykorzystanie resztek posiadanych włóczek.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Druty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Druty. Pokaż wszystkie posty
30 lipca 2014
18 lipca 2014
Jak to się robi przy trójce dzieci
Sporo osób pyta mnie jak znajduję czas przy trójce dzieci na swoje ulubione zajęcia szyciowo-dłubaninowe. Nie raz pisałam o tym, że najłatwiej mi przy nich dziergać na drutach lub szydełku. Wygląda to wtedy tak:
12 lipca 2014
Kocyk na drutach w kokardki - nr 3
Wreszcie udało mi się skończyć i obfotografować kocyk w kokardki. Tym razem prosto i bez dodatkowych elementów. Podoba mi się taki jaki jest.
Teraz już prawie prawie wyjazd wakacyjno urlopowy, więc wszelkie prace ręczne odkładam na PO powrocie. :)
Teraz już prawie prawie wyjazd wakacyjno urlopowy, więc wszelkie prace ręczne odkładam na PO powrocie. :)
25 czerwca 2014
23 czerwca 2014
Kocyk niemowlęcy na drutach - nr 2
Udało się. Pierwszy kocyk druciany (z planowanych kilku) ukończony. Jutro wybierze się w podróż do nowej maleńkiej właścicielki.
16 czerwca 2014
Kocyk niemowlęcy na drutach
1 marca 2014
W czerni i bieli
Prezentowa drutowana narzuta w pełnej gotowości podarunkowej.
W zbliżeniach.
A potem przyszedł czarno-biały wąż.
I dotąd usiłuje schrupać moje druciane dzieło.
W zbliżeniach.
A potem przyszedł czarno-biały wąż.
I dotąd usiłuje schrupać moje druciane dzieło.
26 lutego 2014
Obrus na szydełku
Tym razem prezentują się obrus na szydełku. Największe do tej pory moje dzieło szydełkowane robione na okrągło ;)
A także już prawie prawie wykończony prezent na drutach. Ogromny szal, czy raczej narzuta w bieli i czerni, na chłodne wieczory spędzane z kubkiem herbaty w ogrodzie.
3 grudnia 2013
Nadal szydełko, choć mocno chorobowo
Ciężki to był tydzień. Rozłożyła mnie na łopatki choroba. I to w sumie nie wiadomo jaka - może jelitówka, może kamica pęcherzyka, a może wzwA, czyli żółtaczka pokarmowa. Co by to nie było dało mi nieźle popalić. Będąc przez większość czasu unieruchomioną, bo tak mi było najlepiej, dziubdziałam zamówione gwiazdeczki i śnieżynki. W sumie setka. A do tego kończy się mały szydełkowy obrusik. Obrusik to taka odskocznia, gdy już miałam dość powtarzających się elementów świątecznych ozdób.
Wykończyłam też wreszcie wielki golfo-szal, szyjo-cieplacz czy jak tam kto woli na drutach. Jest z tak niesamowicie miłej w dotyku włóczki, że szkoda mi będzie go oddać. Ale nie można mieć wszystkiego, a mój własny śliwkowy jeszcze posłuży.
Niestety szyciowo wieeeeelki klops. Udało mi się tylko przygotować sobie wykrój do haleczki z szarej satyny. Uszycie jej jeszcze przede mną. Jestem ciekawa jak mi pójdzie z szyciem tak śliskiego i cienkiego materiału. Udało mi się kupić tą satynę po naprawdę okazyjnej cenie i szkoda by było nie wypróbować czegoś nowego.
Opuściłam też jedno spotkanie warsztatów szyciowych, czego do dziś nie mogę przeboleć. Ale nie dało się, oj nie dało. W tym tygodniu nadrobię. A co ;)
Wykończyłam też wreszcie wielki golfo-szal, szyjo-cieplacz czy jak tam kto woli na drutach. Jest z tak niesamowicie miłej w dotyku włóczki, że szkoda mi będzie go oddać. Ale nie można mieć wszystkiego, a mój własny śliwkowy jeszcze posłuży.
Niestety szyciowo wieeeeelki klops. Udało mi się tylko przygotować sobie wykrój do haleczki z szarej satyny. Uszycie jej jeszcze przede mną. Jestem ciekawa jak mi pójdzie z szyciem tak śliskiego i cienkiego materiału. Udało mi się kupić tą satynę po naprawdę okazyjnej cenie i szkoda by było nie wypróbować czegoś nowego.
Opuściłam też jedno spotkanie warsztatów szyciowych, czego do dziś nie mogę przeboleć. Ale nie dało się, oj nie dało. W tym tygodniu nadrobię. A co ;)
22 października 2013
Szalo-chusta w ananasy
Z powodu konieczności poświęcenia większej ilości czasu dzieciom (że tak powiem propozycja pomocy od pewnych osób była, ale jakoś się po miesiącu rozmyła) muszę zgrabniej dzielić czas na to i owo. Szyć przy maluchach trudno, bo siedzenie przy maszynie jest dla nich zbyt monotonne i domagają się mojej uwagi. Za to na drutach i szydełku właściwie mogę dosyć spokojnie sobie robić. No, o ile pozwolę od czasu do czasu porozwijać kolorowe kłębuszki :)
I tak to inspirowana akcją RAZEM ROBIENIA na blogu Intensywnie Kreatywnej zabrałam się za zrobienie chusty ze wspaniałymi ananasami. Oczywiście jak to ja, żeby się zbyt szybko nie zniechęcić robótkę zaczęłam z dużo mniejszej ilości oczek niż autorka, bo przewidziałam ją na córcię. A potem nie pomyślawszy, w połowie dzieła zaczęłam omijać zbyt dużą ilość oczek. Pruć nie lubię. Pruć moherek dziecięcy to już w ogóle masakra jakaś by była. Więc powstała raczej szalo-chusta w kształcie i z mocno zmodyfikowaną górną częścią jeśli chodzi o wzór i wykończenie. Jest jednak super śliczna i niesamowicie miła w dotyku. Na zimę będzie wspaniała.
Czeka mnie jeszcze pranie i blokowanie, ale już teraz ... zdjęcia.
Na ostatnim zdjęciu już nowa właścielka sięga łapką bo zdobycz ;)
Robiło mi się tą chustę, a także sam wzór rewelacyjnie. Nie podejrzewałam, że tak cienką niteczką, na dosyć grubych drutach ażurowy i mocno urozmaicony wzór będzie mi się dziergało tak przyjemnie i zarazem szybko. Zachęcona tym sukcesem szukam kolejnego wyzwania. Tym bardziej, że różowej wełenki mam jeszcze ho ho ho.
I tak to inspirowana akcją RAZEM ROBIENIA na blogu Intensywnie Kreatywnej zabrałam się za zrobienie chusty ze wspaniałymi ananasami. Oczywiście jak to ja, żeby się zbyt szybko nie zniechęcić robótkę zaczęłam z dużo mniejszej ilości oczek niż autorka, bo przewidziałam ją na córcię. A potem nie pomyślawszy, w połowie dzieła zaczęłam omijać zbyt dużą ilość oczek. Pruć nie lubię. Pruć moherek dziecięcy to już w ogóle masakra jakaś by była. Więc powstała raczej szalo-chusta w kształcie i z mocno zmodyfikowaną górną częścią jeśli chodzi o wzór i wykończenie. Jest jednak super śliczna i niesamowicie miła w dotyku. Na zimę będzie wspaniała.
Czeka mnie jeszcze pranie i blokowanie, ale już teraz ... zdjęcia.
Na ostatnim zdjęciu już nowa właścielka sięga łapką bo zdobycz ;)
Robiło mi się tą chustę, a także sam wzór rewelacyjnie. Nie podejrzewałam, że tak cienką niteczką, na dosyć grubych drutach ażurowy i mocno urozmaicony wzór będzie mi się dziergało tak przyjemnie i zarazem szybko. Zachęcona tym sukcesem szukam kolejnego wyzwania. Tym bardziej, że różowej wełenki mam jeszcze ho ho ho.
28 lipca 2013
Jesiennie w środku lata.
Lato i upały w pełni, a mnie naszło na wykańczanie druciakowych zalegaczy. I tak udało się wykończyć fioletowe bolerko z prostokąta. Na chłodniejsze dni będzie na pewno przydatne.
Uwielbiam takie narzutki i bolerka. Bardzo dobrze się je nosi, a po złożeniu nie zajmują zbyt dużo miejsca w szafie. Tak mi się zatęskniło za drutami, że za chwilkę dosłownie powstaną dwa kolejne z brązowej wełenki, którą znalazłam w żelaznych zapasach. Każde z innym wzorem.
A może jeszcze jakieś kremowe wydziergam ;)
Uwielbiam takie narzutki i bolerka. Bardzo dobrze się je nosi, a po złożeniu nie zajmują zbyt dużo miejsca w szafie. Tak mi się zatęskniło za drutami, że za chwilkę dosłownie powstaną dwa kolejne z brązowej wełenki, którą znalazłam w żelaznych zapasach. Każde z innym wzorem.
A może jeszcze jakieś kremowe wydziergam ;)
28 marca 2013
Tydzień XI - Środa
Tydzień już świąteczny. Mimo codziennych obowiązków i przygotowań staram się wykorzystywać każdą chwilę na szycie. Zrobiłam spory postęp. Udało mi się samodzielnie stworzyć wykrój na sukienko-tuniczkę dla córci. Pierwsza wersja okazała się nieco zbyt mała. Postanowiłam jednak zostawić ją jak jest. Będzie modelem dla kolejnych, a w przyszłości świetnie się nada jako strój dla laleczki.
Przy okazji wpadłam na pomysł aby jakoś ułatwić zakładanie kretonowej, a więc nierozciągającej się sukienusi. Powstała więc druga sukienusia dla córci i gorsecikowe wiązanie a tym samym lekko odsłonięte plecy. Myślałam o tym aby podszyć je materiałem, ale ostatecznie zostają jakie są. Nauczyłam się przy tworzeniu tego wiązania obszywania dziurek na mojej maszynie przy użyciu specjalnej stopki. Jestem zachwycona takim ułatwieniem.
Teraz na warsztacie zbliżona sukienusia ale częściowo szyta z materiału lnianego. Będzie prezentem dla mojej chrześnicy. A także letnia sukienka dla mnie, wzorowana na burdowej choć z pewnymi modyfikacjami.
W wolnej chwili zrobiłam pierwszą torbę na drobne zakupy na drutach i świąteczny wianek.
Przy okazji wpadłam na pomysł aby jakoś ułatwić zakładanie kretonowej, a więc nierozciągającej się sukienusi. Powstała więc druga sukienusia dla córci i gorsecikowe wiązanie a tym samym lekko odsłonięte plecy. Myślałam o tym aby podszyć je materiałem, ale ostatecznie zostają jakie są. Nauczyłam się przy tworzeniu tego wiązania obszywania dziurek na mojej maszynie przy użyciu specjalnej stopki. Jestem zachwycona takim ułatwieniem.
Teraz na warsztacie zbliżona sukienusia ale częściowo szyta z materiału lnianego. Będzie prezentem dla mojej chrześnicy. A także letnia sukienka dla mnie, wzorowana na burdowej choć z pewnymi modyfikacjami.
W wolnej chwili zrobiłam pierwszą torbę na drobne zakupy na drutach i świąteczny wianek.
![]() |
| Pierwsza, laleczkowa sukienka |
![]() |
| Sukienka z jabłuszkami dla córci |
![]() |
| Gorsetowe wiązanie |
![]() |
| Druciana torba na zakupy |
![]() |
| Prosty wianuszek |
3 marca 2013
Tydzień VIII - Niedziela i złamana pierwsza igła
Mioniony tydzień nie obfitował w zbyt efektowne szycie.
Szyciowo udało się zrobić pojemniczek na jajka wielkanocne i podkładkę pod kubeczek do kraciastego kompletu.
Uszyłam Pana Metka dla córci, czyli kwadratową szmateczkę z kolorowymi metkami do "ciumkania", która baaardzo przypadła do gustu.
Udało się też rozpocząć nowy projekt - tuniczka dla małej dziewczynki. Projekt z góry skazany był na niewykończenie, ponieważ muszę kupić ściągacz ubraniowy. Miałam jednak nadzieję, że poza tym jednym elementem uda mi się uszyć całą tuniczkę. W sobotę nieoczekiwanie miałam więcej czasu i zasiadłam do szycia pełna chęci i emocji. W ciągu tygodnia wyrysowałam sobie (na podstawie tuniki, którą dostałam od koleżanki) schemat wykroju, poszczególne elementy i wreszcie wykroiłam kawałki materiału. Na kartce rozpisałam sobie co i jak zszywać po kolei, żeby nie trzeba było pruć (a i tak dwa razy juz fragmenty musiałam pruć i poprawiać). Niestety udało się tylko uszyć górę tuniczki, tzn. podwójny "karczek" wraz z wszytymi ramiączkami. W moim natchnieniu nie byłam wystarczająco ostrożna i ... złamałam igłę w nowej maszynie. Liczyłam, że to nastąpi. Kiedyś. Liczyłam, że dopiero, gdy zakupię zapas igieł. Niestety wszyscy w okolicy mają same Singerki, a ja potrzebuję igły Łucznikowe. Do pasmaterii wybieram się jutro. Tuniczka czeka. A ja w trakcie weekendu musiałam zająć ręce drutowaniem, by dać gdzieś ujście nagromadzonym potrzebom twórczym.
Drutowo udało mi się skończyć zapowiadaną czapę i zrobić drugą (zostało mi tylko zszycie szwu). Zaczęłam też bolerko - drugie w mojej drucianej karierze.
Jak tak dziubię to po głowie kołacze mi się myśl, że jednak druty są moją największą miłością. Ale...
Ale to dlatego, że moje umiejętności druciarskie są o wiele większe niż szyciowe. I efekty drutowania są o wiele bardziej zadawalające niż szyciowe. Wiem jednak, że moje pierwsze kroki z drutami stawiałam, ho, ho, ze dwadzieścia lat temu. Za dwadzieścia lat szyć też będę wytrawnie - na pewno.
Zdjęcia in progress.
Szyciowo udało się zrobić pojemniczek na jajka wielkanocne i podkładkę pod kubeczek do kraciastego kompletu.
Uszyłam Pana Metka dla córci, czyli kwadratową szmateczkę z kolorowymi metkami do "ciumkania", która baaardzo przypadła do gustu.
Udało się też rozpocząć nowy projekt - tuniczka dla małej dziewczynki. Projekt z góry skazany był na niewykończenie, ponieważ muszę kupić ściągacz ubraniowy. Miałam jednak nadzieję, że poza tym jednym elementem uda mi się uszyć całą tuniczkę. W sobotę nieoczekiwanie miałam więcej czasu i zasiadłam do szycia pełna chęci i emocji. W ciągu tygodnia wyrysowałam sobie (na podstawie tuniki, którą dostałam od koleżanki) schemat wykroju, poszczególne elementy i wreszcie wykroiłam kawałki materiału. Na kartce rozpisałam sobie co i jak zszywać po kolei, żeby nie trzeba było pruć (a i tak dwa razy juz fragmenty musiałam pruć i poprawiać). Niestety udało się tylko uszyć górę tuniczki, tzn. podwójny "karczek" wraz z wszytymi ramiączkami. W moim natchnieniu nie byłam wystarczająco ostrożna i ... złamałam igłę w nowej maszynie. Liczyłam, że to nastąpi. Kiedyś. Liczyłam, że dopiero, gdy zakupię zapas igieł. Niestety wszyscy w okolicy mają same Singerki, a ja potrzebuję igły Łucznikowe. Do pasmaterii wybieram się jutro. Tuniczka czeka. A ja w trakcie weekendu musiałam zająć ręce drutowaniem, by dać gdzieś ujście nagromadzonym potrzebom twórczym.
Drutowo udało mi się skończyć zapowiadaną czapę i zrobić drugą (zostało mi tylko zszycie szwu). Zaczęłam też bolerko - drugie w mojej drucianej karierze.
Jak tak dziubię to po głowie kołacze mi się myśl, że jednak druty są moją największą miłością. Ale...
Ale to dlatego, że moje umiejętności druciarskie są o wiele większe niż szyciowe. I efekty drutowania są o wiele bardziej zadawalające niż szyciowe. Wiem jednak, że moje pierwsze kroki z drutami stawiałam, ho, ho, ze dwadzieścia lat temu. Za dwadzieścia lat szyć też będę wytrawnie - na pewno.
Zdjęcia in progress.
19 lutego 2013
Tydzień VI - Wtorek
Rzeczywiście w minionym tygodniu sporo udało się zrobić.
Kolejne pojemniczki.
Pokrowiec na kask dla pewnego fascynata motorowego. (Niestety nie mam zdjęcia)
Rozmawialiśmy znów o działalności, o tkaninach, maszynach, miejscu i czasie pracy.
Szukamy kursów nauki szycia na maszynie gdzieś w naszej okolicy tak, aby nauczyć się szyć od kogoś z większym doświadczeniem.
Było też drutowo. Tutaj wykończony komin. Do którego aktualnie kończę czapę.
Przyznam, że lamówkowanie nie jest prostą sprawą. Na razie "działam" na bawełnianej lamówce, więc nierozciągliwej, a już jest to dla mnie nie lada wyzwaniem. Szczególnie właśnie kąty proste i zszywanie końcówek tak,by nie były zbyt długie i ładnie się układały pod igłą. Ale jestem też bardzo zadowolona, że sama sobie z tym poradziłam. Po wszywaniu rozporka i paska do spodni jest to mój kolejny osobisty sukces szyciowy.
Kolejne pojemniczki.
Rozmawialiśmy znów o działalności, o tkaninach, maszynach, miejscu i czasie pracy.
Szukamy kursów nauki szycia na maszynie gdzieś w naszej okolicy tak, aby nauczyć się szyć od kogoś z większym doświadczeniem.
Było też drutowo. Tutaj wykończony komin. Do którego aktualnie kończę czapę.
Materiały dotarły dopiero przed weekendem, dlatego szycie odłożyłam na ten tydzień.
Od wczoraj ćwiczę obszywanie lamówką - na dwa sposoby. Nauczyłam się oczywiście z tutoriali internetowych. I tak mam już 4 podkładki na stół. Kraciaste, dwustronne, usztywnione podwójną flizeliną, zagoszczą na naszym stole w Wielkanoc.
![]() |
| Podkładki w krateczkę |
![]() |
| Tu widać, że górna podkładka jest obszywana nieco inaczej niż dolne |
31 stycznia 2013
Tydzień III - Czwartek
Minął tydzień. Od poniedziałku z niecierpliwością wyczekiwałam nowej maszyny. Przyszła we wtorkowe popołudnie. Jestem nią totalnie zafascynowana i już... niewyspana. Jest ekstra. Szyje niemal sama. Uczę się obsługi, próbuję wyregulować wszystkie pokręta, naciąg nitki, obczaić jak dobrze podkładać materiał, żeby się ładnie nitki zapętlały, jak mocno dociskać stopkę i takie tam. Oczywiście pierwsze owoce już są. Poza szmateczką zawzorkowaną i pozszywaną w prawo i lewo uszyłam pierwszy black box, czyli pojemnik na przechowywanie różnych drobiazgów. W sumie to i większe rzeczy można przechowywać, bo jest całkiem spory ;)
Mam już plany co do kolejnych. Tylko muszę dokupić kolorowych wstążek lub lamówek.
A w weekend popełniłam kolejny druciany komin. Tym razem szary z warkoczowymi wstawkami.
24 stycznia 2013
Tydzień II - Czwartek
Spodenki testowe już prawie na ukończeniu. Zostało mi tylko podwinięcie nogawek. Dużo się na nich nauczyłam i nie ustrzegłam się błędów.
Nie wyszło:
- za krótki pasek i w efekcie nie udało się go ładnie zaszyć na jednym z końców;
- ciągle jeszcze nie umiem prosto szyć - czyli szlaczki jak u pijanego zająca;
- rozmiar jakiś nie taki, tzn. niby z wykroju, ale spodnie zdecydowanie za długie. Normalnie wsytarczyłoby podwinąć odpowiednio nogawki, ale zaszewki wyszły u syna na wysokości łydek a nie kolana. No i wąskie są u góry. Synowi pasują, ale w instrukcji jest jeszcze wszywanie gumki na guziki, co u nas jest zupełnie bez sensu. A należymy do chudzielców;
- zszywanie w środku zejścia się szwów bocznych z środkowymi to dla mnie nadal czarna magia i ostatecznie środkową dziurkę ściągałam lekko ręcznie;
Wyszło tak sobie, ale dumna jestem:
- wszyscie rozporka. Naprawdę odkąd pamiętam moja mama nie znosiła gdy zepsuł sie rozporek w jakichś spodniach, bo nie wiedziała jak go dobrze wszyć i zawsze ostatecznie nie udawało się tego zrobić tak, by nie było rozporka widać. Ja już plus minus potrafię.
- że w ogóle wyglądają jak spodnie i że się nie zniechęciłam.
Zyski - spodnie testowe i moc umiejętności.
Straty - jedna złamana igła. Przez własną głupotę.
Nie tylko się nie zniechęciłam, ale zakupiłam nową maszynę. Taką z mnóstwem ściegów, możliwością zmiany stopek i takie tam. Oj będę się musiała jej nauczyć. Ale cieszę się, że będę miała do dyspozycji więcej niż tylko ścieg prosty, a co za tym idzie będę mogła próbować szyć materiały rozciągliwe.
Wczoraj natchniona łapnęłam stare dziurawe i przeznaczone już na łaty spodnie męża i uszyłam coś takiego.
Nie wyszło:
- za krótki pasek i w efekcie nie udało się go ładnie zaszyć na jednym z końców;
- ciągle jeszcze nie umiem prosto szyć - czyli szlaczki jak u pijanego zająca;
- rozmiar jakiś nie taki, tzn. niby z wykroju, ale spodnie zdecydowanie za długie. Normalnie wsytarczyłoby podwinąć odpowiednio nogawki, ale zaszewki wyszły u syna na wysokości łydek a nie kolana. No i wąskie są u góry. Synowi pasują, ale w instrukcji jest jeszcze wszywanie gumki na guziki, co u nas jest zupełnie bez sensu. A należymy do chudzielców;
- zszywanie w środku zejścia się szwów bocznych z środkowymi to dla mnie nadal czarna magia i ostatecznie środkową dziurkę ściągałam lekko ręcznie;
Wyszło tak sobie, ale dumna jestem:
- wszyscie rozporka. Naprawdę odkąd pamiętam moja mama nie znosiła gdy zepsuł sie rozporek w jakichś spodniach, bo nie wiedziała jak go dobrze wszyć i zawsze ostatecznie nie udawało się tego zrobić tak, by nie było rozporka widać. Ja już plus minus potrafię.
- że w ogóle wyglądają jak spodnie i że się nie zniechęciłam.
Zyski - spodnie testowe i moc umiejętności.
Straty - jedna złamana igła. Przez własną głupotę.
Nie tylko się nie zniechęciłam, ale zakupiłam nową maszynę. Taką z mnóstwem ściegów, możliwością zmiany stopek i takie tam. Oj będę się musiała jej nauczyć. Ale cieszę się, że będę miała do dyspozycji więcej niż tylko ścieg prosty, a co za tym idzie będę mogła próbować szyć materiały rozciągliwe.
Wczoraj natchniona łapnęłam stare dziurawe i przeznaczone już na łaty spodnie męża i uszyłam coś takiego.
Nie jest to żadna torebeczka. Choć tak wygląda. Jest to rodzaj podkładki do naszej garderoby, z której ciągle spadały nam (pomiędzy szczebelkami) czapki i rękawiczki. Zaczepione ucho nie pozwala się zsunąć całości. Wygląda to tak:
Wystarczyło mi półtorej godziny od momentu wymyślenia projektu do jego zakończenia. Półeczka jest dwustronna i wypełniona wkładem usztywniającym. Naprawdę jestem zadowolona z efektu.
Poniżej zdjęcia weekendowo ukończonego sweterka na drutach. Jest dłuuugi i ma spory dekolt. To taka raczej narzutka na chłodniejsze dni np. na kolorowy podkoszulek.
I kończący sie dziergać pudrowo-różowy komin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













